Dziwne: wyczuwał rzecz z dala. Wpierw słony, jak zawsze, i
n a o d l e g ł o ś ć, a przecie tu, w ustach, smak
czegoś. Oksyd
oksyd nagana: Boże, jak mocno go zawsze pamiętał!
i zaraz woń juchtu, nie, przykwas drelichu. Już
wiedział. Przez szparę w płocie, przez oczko po sęku, tuż
tuż przy sobie (gdyby chciał tylko wysunąć palec
mógłby go dotknąć) widzi go: kucnął. Tak,
jeden z plutonu; za swoją potrzebą
kucający Mongoł.
Dzień stał w zenicie i było cicho. Cierpnąc
że kichnie, z brodą po
piachu, bez czucia bez ducha odpełza rakiem i
wrócił do wioski. Tak
szczęście. Lecz nadsłuchiwał. Jakoż pod wieczór
zaczęli na nowo. Najpierw z osobna, potem miarowo już, gęściej.